Nazywam się Naruto Uzumaki, a może powinienem napisać
Namikaze? Zgadza się, znam prawdę o sobie. Wiem, że moja matka również była
nosicielem dziewięcioogoniastego, a ojciec Czwartym Hokage, którego niegdyś podziwiałem.
Chciałem być taki jak on. „Wielki bohater, który oddał życie, żeby ratować
wioskę”. Wspaniały tytuł, prawda? Ale poświęcił coś równie cennego. Syna.
Swojego jedynego syna, który został sierotą już jako niemowlę. Syna, który był
niejednokrotnie wyśmiewany, a nawet bity. O tym już nie pomyślał? Ułożył
wspaniały plan w ciągu zaledwie kilku minut, uratował wioskę i powstrzymał
Kyubi’ego. Wiem, że nie można mieć wszystkiego, ale czy naprawdę żądam tak
wiele? Chciałbym tylko móc się do kogoś przytulić, zjeść ramen w towarzystwie,
albo pójść na wspólny trening, ale odebrano mi to wszystko, a ja nie miałem na
to wpływu. Byłem całkowicie bezbronny. Nawet jeśli jestem sierotą, to mógłbym
chociaż mieć przyjaciół, ale tak się nie stanie, bo w środku mnie siedzi demon,
który zniszczył wioskę! Ten sam, przez którego nie mam rodziców. Ludzie nie
zaakceptują mnie, bo się mnie boją. Nie rozumieją, że Naruto i Kyubi to dwie
różne osoby. Nie jesteśmy jednością, a mnie naprawdę nie bawi ludzkie cierpienie.
Tylko kogo to obchodzi? Ludzie są cholernymi egoistami i zamiast mi pomóc wolą patrzeć
jak z dnia na dzień pochłania mnie nienawiść. Zdecydowałem się opuścić wioskę i
poszukać szczęścia gdzieś indziej. Postanowiłem zabrać ze sobą tylko
najpotrzebniejsze rzeczy. Całe moje oszczędności, tyle że nie było tego za wiele.
Z tego, co dawał mi Hokage ledwo starczało
na opłacenie rachunków. Wziąłem również kilka rodzajów broni, w tym skrzyneczkę
z flakonikami zawierającymi rozmaite trucizny oraz odtrutki. Nie interesowałem
się zbytnio medycyną, ale dziedzina alchemii była moją specjalnością. Przeczytałem
mnóstwo książek, a nawet urządziłem w pobliskiej jaskini małe laboratorium, w
którym udoskonaliłem kilka rodzajów mikstur. Najsilniejsza trucizna jaką aktualnie
posiadam po wypiciu choć kropli zabije dorosłego człowieka w przeciągu minuty.
Powoduje zatrzymanie pracy serca, tym samym powodując, że ofierze nie dopływa
krew do mózgu. Jak już mówiłem, nie lubię patrzeć na ludzkie cierpienie, więc śmierć
następuje prawie bezboleśnie. Oczywiście posiadam w zanadrzu truciznę, która
wywołuje ogromny ból, a także kwas zdolny roztopić nawet kości, ale nie użyłem
ich jeszcze ani razu. Co nie oznacza, że nie przydadzą się w przyszłości. Zarzuciłem
na ramiona obszerną pelerynę w z wieloma ukrytymi kieszeniami i schowkami na
cenniejsze rzeczy. Była ona robiona na zamówienie, a jej ciemny kolor pozwalał
się świetnie maskować na tle nocy. Podobnie zresztą jak wszystkie moje ubrania.
Przed wyjściem z domu przywołałem klona, który miał za zadanie tymczasowo mnie
zastępować. Zanim ktoś się zorientuję, że prawdziwego Naruto nie ma, ja już
dawno będę nieosiągalny. Nawet ANBU mnie nie znajdzie. Od dawna planowałem
ucieczkę. Postanowiłem udać się na zachód, gdzie wejście do znajdującej się tam
wioski graniczy z cudem. Wioska ta, znajduje się pomiędzy trzema wielkimi
nacjami i jest niezwykle niebezpiecznym miejscem. Od lat toczą się tam wojny, a
niewinni cywile giną w walce, albo umierają z głodu. Na dodatek ciągle pada tam
deszcz. Nieustannie, przez dzień i noc. Dlatego jest ona nazywana Wioską
Deszczu. Panuje w niej niejaki Hanzo, aczkolwiek ostatnio słyszałem pogłoski,
że władzę sprawuje tam Pain, lecz nikt dotąd nie widział go na oczy. Oprócz tajemniczego
anioła, który jest jego pośrednikiem. Długo zastanawiałem się, dlaczego ludzie
nazywają tę osobę aniołem. W końcu doszedłem do wniosku, że skoro jest ona
owiana nutą tajemniczości, musi to być spowodowane przez wygląd, aniżeli
charakter. Anioł kojarzy się zazwyczaj ze skrzydłami. Prawdopodobnie ta osoba
używa papierowego ninjutsu, za pomocą którego może również latać. Zastanawiam
się tylko, po co ów Pain ukrywa się przed wszystkimi? Czyżby skrywał jakieś
tajemnice? W każdym bądź razie postanowiłem to sprawdzić. Zamknąłem drzwi
wejściowe od środka i wyszedłem oknem. Złapałem się ręką krawędzi dachu i
wskoczyłem na niego. Podniosłem się z kucek i spojrzałem po raz ostatni na
Konohę. Z tej pozycji doskonale było
widać twarze Hokage wyrzeźbione w skale. Między innymi tą, należącą do mojego
ojca. Zacisnąłem pięści i spojrzałem na nią z nienawiścią. Nigdy mu tego nie
zapomnę. W takich chwilach większość osób się wzrusza i zaczyna tęsknić za
domem, ale w moim przypadku nie ma się co rozczulać. Przecież nie spotkało mnie
tutaj nic dobrego. Jedynie ramen mają smaczny…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz